Zaloguj się

Jugonostalgia – opowieść ze świata, którego już nie ma

Ile Fiata w Yugo?

Zanim jednak rozpoczniemy opowieść z serii „Człowiek i jego samochód”, powiedzmy coś o samym samochodzie. Zadebiutował w 1980 jako Zastava Yugo i był czymś pomiędzy Fiatem 127 a Fiatem 128. 5 lat później ze względu na ambitne plany eksportowe zrezygnowano z nazwy Zastava, czyniąc tym samym Yugo marką. 

Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z działaniem typowym dla fabryk samochodowych ściany wschodniej. Wystarczy zerknąć na polskie podwórko: Maluch? Włoski. Duży Fiat? Podobnie. Nawet w powstaniu Poloneza znaczący udział mieli Włosi. Było jednak coś, co jugosłowiańską fabrykę w Kragujevacu mocno różniło od FSO. Bałkańscy inżynierowie mieli pieniądze i czas na twórcze rozwijanie projektów włoskich. Wystarczy spojrzeć na Zastavę 101, znaną u nas pod nazwą 1100. Auto jest licencyjnym Fiatem, ale z tyłem, na jaki Włosi się nie zdecydowali. 

Yugo, choć z włoskimi korzeniami, nie było kupionym we Włoszech gotowcem. Ma sporo z Fiata, ale duży wkład w jego finalną wersję wnieśli jednak bałkańscy konstruktorzy.

 

Yugo w Polsce

Yugo jest w Polsce rozpoznawalne, choć na ulicach nigdy nie występowało zbyt tłumnie. Nie doczekało się też szczególnego statusu, więc ceny egzemplarzy pojawiających się w ogłoszeniach są bardzo przystępne. Na zakup Yugo stać będzie każdego, kto zechce je mieć, jednak z kupnem może być problem. Po pierwsze: ogłoszeń jest jak na lekarstwo, a po drugie: auta, jeśli już się ukazują, często nie są warte większej uwagi. Alexandar, zanim kupił swojego Korala, miał kilka podejść.

Jugonostalgia – opowieść ze świata, którego już nie maJugonostalgia – opowieść ze świata, którego już nie ma
Jugonostalgia – opowieść ze świata, którego już nie ma

Jak nie kupiłem swojego pierwszego Yugo...

W 2014 Alexandar Ćirlić pojechał do kuzynki pod Belgrad. Nieopodal jej domu stało Yugo z wypłowiałym od słońca lakierem. Było do wzięcia za 200 euro.

Pomyślałem, że wziąłbym je, zwłaszcza że na 2-tygodniowy wyjazd zabrałem ze sobą całkiem sporo pieniędzy. Stwierdziłem, że jeśli w Belgradzie nie wydam za dużo na winyle, to kupię to Yugo. 

Tak się jednak złożyło, że w Warszawie została świeżo poznana dziewczyna. Zamrozić kontakt na 2 tygodnie? Państwo raczą żartować! Pech chciał, że Serbia jest poza Unią, a za roaming płaci się słono.

 Koniecznie chciałem mieć z nią kontakt. Aby nie płacić, kuzynka pokazała mi wideo aplikację na telefon. Niestety internet działał słabo, więc nie patrząc na nic dzwoniłem z polskiej komórki. 

Co było dalej, nietrudno się domyśleć.

Po 3 czy 4 dniach zablokowano mi telefon, a ja dostałem wiadomość od operatora. Kazali mi wpłacić 800 zł zaliczki na poczet szykowanego rachunku. Kontakt się urwał, ale dziewczyna przyjechała do mnie do Serbii. Tak nie kupiłem pierwszego Yugo.

Z perspektywy czasu wiadomo, że warto było zapłacić każdą cenę. Dziś Alexandar jest szczęśliwym mężem tej właśnie dziewczyny.

 

Yugo jako auto służbowe

Po wakacjach Alexandar wrócił do Warszawy, gdzie pracował w gastronomii. Szef zwrócił się do niego o pomoc w zagospodarowaniu zwalniającego się właśnie lokalu na Mokotowie.

 Pomyślałem, że jedną z rzeczy, które sam lubię jeść jest bałkański grill, a więc to, co jadłem przez ostatnie 2 tygodnie. Wymyśliłem, że będzie to knajpa w stylu bałkańskich lat 60. serwująca tamtejszy fast food. Bałkańskie było wszystko: od menu po wystrój i ściągane z Bałkanów piwa. 

W takich przedsięwzięciach jedną z najistotniejszych rzeczy jest nazwa. Najlepsza zwykle jest ta najprostsza. Na przykład... Yugo.

Rzeczywiście w pewnym momencie mieliśmy w Warszawie 3 knajpy o tej nazwie. Zostałem awansowany na menadżera. Szef powiedział, że ma dla mnie służbowy samochód – Mercedesa coupé w automacie z 2003.

Nic, tylko się cieszyć! Jednak Alexandar cieszył się umiarkowanie. Już nawet nie chodziło o niedziałający bieg wsteczny i wyraźne zużycie auta.

Doceniłem ten gest, ale menadżer knajpy Yugo nie powinien jeździć Mercedesem. Powinien jeździć Yugo. Szef, pijąc akurat piwo, zakrztusił się, gdy to usłyszał. Na wszelki wypadek dopytał, czy mówię poważnie

Mój rozmówca podkreśla, że wtedy nie miał jeszcze żadnych doświadczeń z autami tej marki. Może raz podróżował na fotelu pasażera, ale o prowadzeniu, a już na pewno o posiadaniu własnego nie było mowy. Po przejrzeniu ogłoszeń okazało się, że jeden egzemplarz jest wystawiony na sprzedaż pod Radomiem.

Pojechaliśmy tam, ale szef po oględzinach powiedział, że takiego auta mi nie kupi. Spod Radomia pojechaliśmy do Pabianic i... tam kupiliśmy Yugo.

 

Bak dziurawy, fotel z Hondy

Auto dojechało do Warszawy o własnych siłach.

Ledwo! Z baku ciekła benzyna. Wracaliśmy autostradą Łódź - Warszawa, gdzie okazało się, że Yugo samo przyspiesza, a nawet samo skręca. Nie działały też tylne hamulce.

Sam skręca, sam przyspiesza – czyżby protoplasta samochodów autonomicznych? Podobno oryginalnie Yugo takich udogodnień nie miało. W ogóle do kwestii oryginalności auta poprzedni właściciel nie podchodził zbyt rygorystycznie.

Auto miało fotele z Hondy, co zresztą sprzedający traktował jako atut. Tyle, że te fotele może i były wygodne w starym Civicu, ale tu były spasowane tak, że odcinały dopływ krwi do stóp. Inny był zresztą rozstaw szyn, więc każdy fotel przykręcony był tylko na jedną śrubę. Na zakrętach podczas przechyłów przechylałem się razem z fotelem. 

Trudno w to wszystko uwierzyć, gdy spojrzy się na Yugo dziś. Auto jest zadbane, ma oryginalne dodatki i choć jeszcze nie wszystko jest w stanie idealnym, to i tak doskonale widać, że ktoś o nie dba. Alexandar nie ukrywa, że koszty łącznych inwestycji jego i poprzedniego właściciela przekraczają 20 000 zł. Brzmi poważnie, ale...

Oczywiście trzeba w to wliczyć 2 komplety nowych opon, co już daje ponad 2000 zł, malowanie felg kosztowało 600, a więc nie mówimy tylko o elementach mechanicznych albo takich jak nowy bak paliwa. 

 

Czytaj więcej w Automobiliście 3/2020! 

 

 

 

Polityka Prywaności