Zaloguj się

Syreną Bosto na zieleniak i na Karową!

Karol Kostrzewa: Gdyby nie poczciwa Syrena możliwe, że nie zobaczylibyśmy Pana na rajdowych odcinkach, bo to od niej wszystko się zaczęło.

Maciej Wisławski: Syrena 104 to było moje pierwsze prywatne auto, którym zacząłem przygodę z rajdami. Tym samochodem zdobywałem licencję rajdową klasy II, a potem licencję rajdową klasy I. Po zdobyciu licencji klasy I, czyli R1 mogłem już startować w Mistrzostwach Polski. Syreną wystartowałem w 10. Rajdzie Warszawskim, to był rok chyba 1974, runda Mistrzostw Polski i Mistrzostw Europy. I podobno moja Syrena jako pierwsze auto tej marki w historii tego rajdu dojechała do mety. 

I przeguby nie postrzelały?

Nie, nie postrzelały, to było auto dość niezawodne, tylko trzeba było je umiejętnie, bardzo delikatnie traktować. Starty Syreną przyniosły mi bardzo dużo satysfakcji sportowej, a także pomogły mi w ukształtowaniu wyobraźni i nabyciu umiejętności przewidywania, a te elementy są niezbędne przy uczestniczeniu w ruchu drogowym. Dzięki jeździe Syreną poznawałem limity prędkości, z jakimi można wjeżdżać w zakręty. A w sporcie człowiek dochodzi do granic możliwości zarówno swoich, jak i samochodu. 

Syrenie pozostał Pan wierny, czego jest ta piękna wersja osobowo-towarowa, czyli Bosto

Ta Syrena jest z października 1982 roku, kupiłem ją na talon, ponieważ te samochody nie były dostępne w wolnej sprzedaży. Jako że prowadziłem bardzo ładną produkcję szklarniową w Skierniewicach, napisałem podanie do wydziału Służby Rolnej z prośbą o umożliwienie zakupu takiego samochodu do pracy w gospodarstwie. Potem moje podanie trafiło do urzędu wojewódzkiego i w końcu na biurko ówczesnego wicewojewody skierniewickiego, który przyznał mi talon. Auto odebrałem w Rybniku w TOS-ie [Techniczna Obsługa Samochodów – przyp. red.], czyli powiedzmy, że w takim dzisiejszym punkcie dilerskim. Syrena bardzo dobrze służyła mi jako auta zaopatrzeniowe, a także do wywozu pomidorów, ogórków oraz kwiatów na giełdy i zieleniaki. 

Ale za sterami tej Syreny usiadł też kiedyś sam Krzysztof Hołowczyc

Tą Syreną pojechałem kiedyś na przełomie listopada i grudnia [1996 roku – przyp. red.] z transportem pomidorów szklarniowych na zieleniak do Warszawy, ponieważ miałem też uprawę jesienną. Bardzo szybko te pomidory sprzedałem i pojechałem pod hotel Novotel przy ul. Żwirki i Wigury, gdzie przed Rajdem Barbórki mieszkał nasz team Stomil Olsztyn-Mobil 1.

W Barbórce wszystkie próby przejechaliśmy z Krzysztofem Hołowczycem Fordem Escortem Cosworth i zakwalifikowaliśmy się jako jedna z czołowych załóg do Kryterium Asów. Syrena była moim jedynym autem, więc przed powrotem do Skierniewic podjechałem jeszcze na Karową i Krzysiek mówi do mnie: „Wiesz co Maciuś, może sobie przejedziemy, zobaczymy jak ta Karowa wygląda”. I pojechaliśmy tą moją Syreną na tak zwane „cztery ręce”. Krzysztof skupił się na prowadzeniu auta kierownicą i pedałami, natomiast ja włączałem wycieraczki i przełączałem biegi, bo było to zbyt skomplikowane dla najwyższej klasy kierowcy rajdowego, jakim był już wtedy Krzysztof Hołowczyc. Pokonaliśmy całą Karową od dołu do góry i od góry do dołu, wzdłuż trasy stały już tysiące kibiców, klepali nas po dachu i po bokach auta z ogromną sympatią i życzliwością! Krzysztof dzięki tej jeździe testowej mógł się przekonać, jak śliska była kostka na Karowej i być może dzięki temu już potem zwieńczyliśmy sukcesem start Escortem Cosworthem. 

Syreną Bosto na zieleniak i na Karową!Syreną Bosto na zieleniak i na Karową!
Syreną Bosto na zieleniak i na Karową!

Za co Pan najbardziej lubi swoją Syrenę?

Za ten zapach klasycznego auta i te wędrujące dźwięki po aucie. W zależności od stanu zużycia i przebiegu te dźwięki pojawiają się w różnych miejscach, giną, przechodzą z lewej strony na prawą, z prawej na lewą. Te rezonanse różnego rodzaju nazywam muzyką starego, kultowego samochodu. Poza tym podróżowanie takim autem to pokazywanie ludziom, jak wyglądała kiedyś polska motoryzacja, jakie były jej korzenie. W końcu Syrena to polska konstrukcja, auta robione w polskich fabrykach, przez naszych mechaników. 

Czy ta pięknie odrestaurowana Syrena będzie pojawiać się na skierniewickich ulicach?

Już nią jeździłem i jeździ się świetnie, Syrena wzbudza ogromne zainteresowanie i sympatię wśród innych użytkowników dróg, wiele osób zwalnia, przesyła pozdrawia. 

Zwłaszcza, kiedy przechodnie za kierownicą zobaczą Pana, czyli Skierniewiczanina od urodzenia. Gdy do Pana zadzwoniłem, przedstawił się Pan: „Maciej Wisławski ze Skierniewic”. Nigdy Pan nie myślał o wyprowadzeniu się ze Skierniewic?

Nie, skądże, to jest moje rodzinne miasto, tutaj jest cala moja rodzina, wszyscy najbliżsi, więc nawet nie pomyśleliśmy o tym. Mieszkaliśmy w kilku bardzo ciekawych, historycznych dla Skierniewic miejscach, cały czas bardzo rodzinnie.

A może Skierniewice są dla Pana takie ważne, ponieważ jak uprawia się sport ekstremalny, jakim są rajdy samochodowe, to szczególnie docenia się rodzinne miasto i najbliższych?

Tak, bardzo, Skierniewice pozwalały mi się odciąć od tej całej rajdowej rewii, rajdowego zgiełku. Byłem osłuchany na temat tego, co się dzieje w świecie rajdowym, ale byłem zupełnie poza tym. Miałem spokojną, wolną głowę, mogłem zajmować się swoimi sprawami zawodowymi, miałem przecież produkcję szklarniową.

Jak Pan godził prowadzenie gospodarstwa z rajdami?

Andrzej Borowczyk [były rzecznik prasowy załogi Hołowczyc-Wisławski – przyp. red.] kiedyś napisał, że Maciej Wisławski jest ogrodnikiem, u którego zbiory pomidorów i ogórków nie kolidują z kalendarzem rajdowym, a kwiaty kwitną zgodnie z nim. Po prostu produkcja w gospodarstwie była tak prowadzona, żeby dała się pogodzić z kalendarzem rajdowym. 

Do kiedy był Pan w stanie pogodzić te dwie role – ogrodnika i rajdowca?

 Do połowy lat 90., potem nasze starty z Krzyśkiem i dostępność dla sponsorów stały się tak absorbujące, że nie mogłem połączyć rajdów z produkcją szklarniową, która wymaga olbrzymiej dokładności, pietyzmu. Poza tym koniunktura na rynku warzyw i owoców pogorszyła się, więc postąpiłem zgodnie z zasadą: „jeżeli praca przeszkadza ci w realizowaniu twoich przyjemności, to rzuć pracę”. 

Jest Pan najbardziej znanym i utytułowanym polskim pilotem rajdowym, przez 40 lat kariery jeździł Pan z najlepszymi kierowcami z naszego kraju i nadal jest Pan aktywny w tym fachu. Ma Pan jeszcze jakieś sportowe marzenie, czy czuje się Pan absolutnie spełniony?

Robiłem tę robotę zupełnie przy okazji, nie miałem żadnych marzeń. Moja kariera pilota to jest dowód na to, że taki normalny, skromny człowiek ze Skierniewic jak ja może wykonywać pewną pracę na profesjonalnym poziomie, dzięki pewnym uwarunkowaniom. Robiłem to przyzwoicie, bo nie „nakręcałem się”, właśnie nie marzyłem, żeby wygrać, tylko podejmowałem się roboty, nie byłem zawodowcem. 

Nie marzył Pan o tytule mistrza Europy, o wielkich pucharach?

Marzyłem, żeby wykonać dobrą robotę i mieć z tego moją własną satysfakcję, że wywiązałem się z piekielnie trudnego zadania, że wykonałem bez błędu pracę, w której nie ma marginesu na błąd.

A przecież ja z zawodu jestem kimś innym, ja się tymi rajdami nie interesuję, nawet się na tym nie znam. Jak kończymy rajd np. na trzecim miejscu, to ja już nie wiem, kto był czwarty, wiem tylko, kto był przed nami i koniec. Chłopaki przywożą mnie do Skierniewic z moją walizeczką rajdową, czasami jeszcze z jakimś pucharem i zamykają się w ogóle drzwi pod tytułem rajd. W ogóle mnie to nie interesowało, ludzie myślą, że ja żartuję, ja się w ogóle nie znam na motoryzacji.

 

Czytaj więcej w Automobiliście 3/3030! 

 

Polityka Prywaności