Zaloguj się

Szczęście Balbiny

Zaczęło się od maila do redakcji przesłanego przez syna właścicieli niezwykłego samochodu. Marcin Ciura zaintrygował nas historią swoich rodziców, od ponad pół wieku jeżdżących tym samym samochodem. I ten niezwykły samochód to… Syrena 104 pieszczotliwe nazwana Balbiną!

Bardzo niewiele jest samochodów w naszym kraju używanych od dziesiątków lat przez tych samych właścicieli. Czasem zdarzają przypadki, kiedy to następne pokolenie przejmuje pałeczkę, jak to kiedyś opisywaliśmy w przypadku P-70 z Białegostoku czy odnalezienia także P-70 przez wnuka pierwszego właściciela i jego doskonałe przywrócenie na drogi w Lublinie. Pewnie takich przypadków jest jeszcze trochę i chętnie je opiszemy.

Nasza Syrena jest od nowości w rękach Państwa Janiny i Bernarda Ciurów z Chorzowa i wygląda równie dobrze, jak gdy opuszczała bramy FSO. Na pewno ma lepszy lakier, ale w tym samym kolorze. 

 

Odbiór

Wszystko zaczęło się w roku 1966, kiedy pan Bernard jeździł jeszcze przedwojenną DKW „blaszanką”, która obecnie byłaby ozdobą każdego zlotu, ale wtedy funkcjonowała może tak jak dzisiaj zdezelowany samochód z połowy lat 90. służący do normalnej eksploatacji. Czas było ją zamienić na coś nowszego, a najlepiej nowego. Nie były to jeszcze lata, kiedy wyprowadzony z Motozbytu samochód od razu stawał się droższy o 30%... no chyba, że była to Skoda, Wartburg, albo Moskwicz. Niestety, za Syrenę trzeba było zapłacić 74 tys. złotych. Tańszy był tylko Trabant, ale jego dostawy były znikome, a chętnych wielu. Średnia pensja wynosiła wtedy 1934 złote, ale dobrzy fachowcy zarabiali nawet dwa razy tyle. 

Pan Bernard nie miał 74 tysięcy, szczęśliwie w Polsce działało wtedy przedsiębiorstwo nazywane w skrócie ORS (Obsługa Ratalnej Sprzedaży), które udzielało kredytu na zakup różnych drogich dóbr. Należało oczywiście podpisać umowę, znaleźć żyrantów i wnieść pierwszą wpłatę w ustalonej wysokości, a potem spłacać w miesięcznych ratach pozostałość. ORS za sfinansowanie zakupu Syreny na 36 rat policzył sobie 4 tys. złotych, a raty miały wynieść 1950 złotych. Pojęcie inflacji wtedy nie istniało, chociaż faktycznie niewielka inflacja istniała. 

Samochód miał być do odbioru w Motozbycie w Katowicach, ale tam ktoś życzliwy poradził, a było to w sierpniu, że wkrótce ma się pojawić nowy model Syreny (za te same pieniądze) z trzycylindrowym silnikiem. Dobrze było posłuchać życzliwej rady i poczekać. 14 października pan Bernard odebrał nowiutką Syrenę 104 z pierwszej serii. Jej silnik miał numer 1744. Trzeba było jeszcze zapłacić 1200 złotych za ubezpieczenie auta w PZU, zarejestrować go (pierwsze tablice były SH-2099) i można było cieszyć się jazdą. 

Szczęście BalbinySzczęście Balbiny
Szczęście Balbiny

Eksploatacja

Samochód nie sprawiał problemów, a że pan Bernard miał już spore doświadczenie w eksploatacji silników dwusuwowych, to było ich jeszcze mniej. Zaczęła się codzienna eksploatacja i wyjazdy wakacyjne aż do roku 1972, bo... w okolicach Cieszyna pękł korbowód i zdemolował cały blok silnika. Samochód wrócił na sznurku do Chorzowa przyciągnięty przez taksówkę. Nie było wtedy łatwo dostępnych pomocy drogowych.

Po oględzinach okazało się, że jedyną sensowną naprawą będzie wymiana silnika na nowy. W czerwcu 1972 pan Bernard kupił w sklepie Motozbytu nowy silnik za całe 13 tys. złotych – średnia pensja wynosiła wtedy 2509 złotych, ale dobrzy fachowcy nadal zarabiali dwa razy tyle. Silnik ten służy do dzisiaj i przeszedł już dwa szlify. 

W tym samym roku trzeba było kupić nowe opony, co wtedy nie było łatwym zadaniem. Za komplet czterech sztuk przyszło zapłacić 3080 złotych. Ciekawostką jest zachowany dokument, na którym Dębickie Zakłady Opon Samochodowych zapewniały 12-miesięczną gwarancję przy przebiegu nie przekraczającym 26 tys. km. Nie za dużo jak na dzisiejsze oczekiwania, ale taka była jakość naszego ogumienia, które w Syrenach przy małej dbałości o geometrię przedniej osi i drążków reakcyjnych na tylnej, z trudem osiągało taki przebieg. 

Rok później (1973) trzeba było wymienić amortyzatory (256 złotych sztuka) i niestety rdza dobrała się do przednich błotników, co kosztowało 700 złotych i 400 za wymianę u blacharza. Okazało się także, że i pas tylny padł ofiarą „chrząszczy blachojadów” i należało go było kupić, ale to udało się dopiero wysyłkowo z Łodzi. Koszt pasa tylnego – 130 zł plus 20 wysyłka. 

7 lat po opuszczeniu FSO przyszedł czas na wymianę niektórych blach, chociaż należy dodać na usprawiedliwienie, że znacznie cieńsze blachy w PF 125p potrafiły pordzewieć w krótszym czasie, mimo antykorozyjnych wymalowań dokonywanych przez właścicieli zaraz po zakupie. 

Całkiem niezły okazał się akumulator, bo wytrzymał 10 lat eksploatacji. Dopiero w 1976 r. za 750 złotych trafił pod maskę Syreny nowy. Niestety, w tamtych czasach akumulatory były towarem deficytowym, jak i większość zespołów motoryzacyjnych i za średnią pensję można było sobie kupić 5,7 akumulatora. Nie leżały na półkach sklepowych – trzeba było się porządnie nabiegać, aby je kupić. Następny akumulator pan Bernard wymienił po kolejnych 10 latach w 1986, ale wtedy kosztował już 8350 złotych i jeszcze trudniej było go kupić, a na dodatek średnia pensja wystarczała na zakup 2,9 akumulatora.

Nie wytrzymał też trudu eksploatacji licznik przebiegu i w 1977 trzeba było kupić za 500 zł nowy, ale niestety już ten ze zmienionym rozlokowaniem bębenka kilometrowego. Jest używany do dzisiaj, będąc nielicznym nieoryginalnym elementem wyposażenia. 

W związku ze zmianą administracyjnego podziału Polski, w 1978 samochód otrzymał nowe tablice – KAD 3456. 

Aparat zapłonowy dożył roku 1982 i wtedy za 1550 złotych pan Bernard kupił kupić nowy. 

 

Czytaj więcej w Automobiliście 1/2020! 

 

 

 

 

Polityka Prywaności