Zaloguj się

29. Etap Retro Sztafety Rowerowej Dookoła Świata – Bike Jamboree

82 lata później w lipcu 2019 r. wnuk Piotra wraz z 15-letnią córką Zuzią oraz czwórką radomskich harcerzy wzięli udział w retro rowerowej wyprawie, dzięki której historia zatoczyła koło. Dołączyli do sztafety rowerowej dookoła świata Bike Jamboree w postaci 29. etapu retro w Stanach Zjednoczonych, który przejechali przedwojennymi rowerami Łucznik. Podobnie jak w 1937 r. – wyruszyli z Radomia (z tą różnicą, że była to mała wioska Radom w stanie Illinois), przejechali podobny dystans 800 km Łucznikami z lat 30. Uczestnikami wyprawy także byli harcerze i podobnie metą był Światowy Zlot Skautów, a dokładnie 24. edycja World Scout Jamboree w Zachodniej Wirginii.

Wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem, wszyscy dojechali do mety, cel został osiągnięty pomimo ogromnych upałów i faktu, że wszyscy jechali ponad 80-letnimi rowerami bez przerzutek.

Ale może od początku. 

29. Etap Retro Sztafety Rowerowej Dookoła Świata – Bike Jamboree29. Etap Retro Sztafety Rowerowej Dookoła Świata – Bike Jamboree
29. Etap Retro Sztafety Rowerowej Dookoła Świata – Bike Jamboree

Przygotowania 

W maju 2017 r. wyruszyła z Gdańska kierując się na wschód Sztafeta Rowerowa Dookoła Świata Bike Jamboree. To niesamowita inicjatywa, której uczestnicy w kilkuosobowych grupach, podzieleni na ponad 30 etapów, okrążają kulę ziemską jadąc współczesnymi rowerami. Każdy etap trwa około miesiąca, a dystanse zazwyczaj zdecydowanie przekraczają 1000 km. Sztafeta ma dotrzeć z powrotem do Gdańska w grudniu 2019. Kiedy organizatorzy imprezy dowiedzieli się o historii wyprawy z 1937, zaprosili nas do wzięcia udziału w 29. Etapie Retro, przez fragment Stanów Zjednoczonych, który pokonamy zabytkowymi rowerami Łucznik z lat 30. Ogarnęła nas ogromna radość, ale jednocześnie obawa, czy damy radę. Czy uda nam się zorganizować i przygotować 6 Łuczników, czy poradzą sobie z trudami wyprawy i czy w ogóle damy radę kondycyjnie przejechać całą trasę? 

Korzystając z rowerowej kolekcji Radomskiego Towarzystwa Retrocyklistów „Sprężyści” ostatecznie skompletowaliśmy 6 ram Łuczników w wersji turystycznej i przeszliśmy do żmudnego, aczkolwiek bardzo przyjemnego etapu przygotowywania rowerów. Staraliśmy się, aby rowery były jak najbardziej oryginalne, jednak takie elementy jak opony, dętki, szprychy, łańcuchy wymieniliśmy na nowe. Wzorując się na rowerze wojskowym, produkowanym w F. B. od 1935, dorobiliśmy bagażniki, na których umieściliśmy sakwy specjalnie dla nas szyte na miarę przez firmę Szadras. 

 

Uff, jak gorąco!

Dużo pracy, mało czasu, ale ostatecznie udało się i 2 lipca rozkręcone rowery, spakowane w osobne pudła, oraz my cykliści znaleźliśmy się na pokładzie Dreamlinera lecącego do Chicago. Pierwsze wrażenie? Jest gorąco i bardzo parno. Wychodząc z klimatyzowanych pomieszczeń uderza w nas potworny żar, jest jak w saunie. Już teraz wiemy, że nie będzie łatwo. Pierwszy dzień bez rowerów. Zaczynamy turystycznie od zwiedzania miasta odkładając składanie sprzętu na wieczór, który przeciąga się do 2. w nocy. 

4 lipca – Dzień Niepodległości. Rowery poskładane, my w strojach retro, chłopaki w biało-czerwonych koszulkach na wzór kolarzy z radomskiej „Broni”, jedziemy na paradę do oddalonego o 10 km Parku Niepodległości. Po drodze awaria, wypada klin z korby, szybka doraźna naprawa, docieramy na miejsce o czasie witani z wielką radością i serdecznością bierzemy udział w paradzie. Wspólnie świętujemy, prezentacja naszej ekipy, opowieści o planach wyprawy, fantastyczna piknikowa atmosfera i pełne słońce. Upał, do którego trudno się przyzwyczaić. W drodze powrotnej okazuje się, że naprawiony klin zniknął, rower nie ma napędu, a my ze sobą zapasowej części, wracamy więc 10 km na holu. Tego dnia mamy jeszcze jedną awarię, zerwany gwint w korbie w rowerze Andrzeja. Zapasowych części i narzędzi zabraliśmy z Polski dużo, ponad 19 kg więc z naprawą nie ma problemu, ale przejechaliśmy dopiero 20 km, a tu już 2 awarie więc optymizm maleje. 

Wioska Radom, skąd zaplanowaliśmy faktyczny start naszego etapu, położona jest w południowej części stanu Illinois ponad 400 km od Chicago. Postanowiliśmy skorzystać z transportu kolejowego, a więc pociągiem dotarliśmy do Centralii, skąd pozostało nam do Radomia tylko 21 mil, których chyba nigdy nie zapomnę. Pomimo późnego popołudnia temperatura i skwar były nie do zniesienia. To była prawdziwa męczarnia, żar lejący się z nieba, puste otwarte przestrzenie bez drzew, pod których cieniem można chwilę odpocząć, nasze pierwsze kilometry z pełnym obciążeniem. Waga samych rowerów przekraczała 18 kg, do tego części zamienne, narzędzia, ubrania, namioty, jedzenie, woda... Było bardzo ciężko, pierwszy raz widziałem bąble na asfalcie, który dosłownie się gotował. Udało się, daliśmy radę, dotarliśmy przed zachodem słońca. 

 

Na trasie 

Radom – mała wyludniająca się wioska z 220 mieszkańcami, która czasy świetności ma już za sobą, jedna z najstarszych osad farmerskich założona przez Polaków w USA około 1873 r. Nocleg w opuszczonej szkole podstawowej, spotkanie z mieszkańcami, których przodkowie założyciele, pochodzili z okolic naszego polskiego Radomia, poszukiwania śladów polskości, które odnajdujemy w kościele św. Michała Archanioła i na pobliskim cmentarzu. 

Z Radomia wyjeżdżamy 8 lipca o 6:30, jedziemy na wschód wybierając boczne drogi o bardzo małym nasileniu ruchu drogowego. Zaskakuje nas olbrzymia uprzejmość kierowców, którzy wyprzedzają nas z małą prędkością, wielkim łukiem, dając ogromną przestrzeń bezpieczeństwa. Jadący z przeciwka kierowcy pozdrawiają nas przez podniesienie ręki, nikt nie trąbi, nie ma pośpiechu, nerwów, jest uśmiech, wielkie poczucie bezpieczeństwa i dużo radości na widok amerykańskich krążowników, pick-upów i na odgłos 8- czy 12-cylindrowców.

Pomysł z pobudką o świcie zdaje egzamin. Staramy się jak najdalej dojechać w godzinach rannych, tak aby w południe odpocząć i pociągnąć jeszcze trochę trasy pod wieczór. Przed wyjazdem z Polski planowaliśmy pokonywać dziennie około 60 km, jednak faktycznie jedziemy 70 - 80 km. Rekordowy był 9 lipca, kiedy to przejechaliśmy 95 km! Prędkość średnia oscylowała pomiędzy1 5 a 18 km/h. Sprawdziły się również pogłoski o marnym amerykańskim jedzeniu. Fast foody momentalnie nam się przejadły i szybko zaczęliśmy tęsknić za prawdziwym chlebem i polskimi smakołykami. 

Podobnie jak w przedwojennej wyprawie wszystkimi uczestnikami naszego etapu byli harcerze, dlatego też kilkukrotnie gościliśmy i nocowaliśmy na obozach skautowych. Dzięki społeczności Warm Showers nocowaliśmy także u rodowitych Amerykanów udostępniających darmowo miejsca noclegowe podróżnikom rowerowym. 

Trasa do Zachodniej Wirginii wiodła nas przez stany Illinois, Indiana, Ohio. A skoro Indiana to oczywiście Indianapolis, czyli stolica nie tylko stanu, ale co ważniejsze Wyścigowa Stolica Świata i tor wyścigowy INDIANAPOLIS MOTOR SPEEDWAY. Nie mogło być inaczej. Musieliśmy odwiedzić to miejsce wołające z daleka rykiem silników i piskiem palonych gum. 

Trafiliśmy idealnie. Sobotnie upalne popołudnie, dzień otwarty dla fanów prędkości, tor dostępny dla amatorów, dziesiątki sportowych podrasowanych klasyków w pełnym pędzie. Jest cudownie, a będzie jeszcze bardziej, bo przed nami zwiedzanie Indianapolis Motor Speedway Museum. Tu zaprezentowana jest historia toru sięgająca 1909, udostępnionych jest kilkadziesiąt bolidów, które wygrywały na tym torze, są puchary, fotografie, akcesoria. Raj dla miłośników wyścigów w amerykańskim stylu. Wisienką na torcie są odgłosy dobiegające zza okna aktualnie ścigających się wyścigówek. 

Po tej niesamowitej atrakcji trudno wrócić do rzeczywistości i przeciętnej prędkości naszej karawany, ale co tam, jedziemy dalej. Kondycja jest, dajemy radę, rowery także, zaliczamy kilka drobnych awarii, jakieś skrzypienie, dwie pęknięte szprychy i tylko dwie przebite dętki. Jak na 6 rowerów i dystans 800 km to rewelacyjny wynik. 

W Indianapolis spotkała nas jednak także niemiła przygoda. Kiedy po przejechaniu niemal 90 km mocno zmęczeni dojechaliśmy do miasta od jego wschodniej strony, postanowiliśmy dostać się na jego przeciwną stronę, gdzie czekał na nas nocleg, korzystając z komunikacji miejskiej. Autobusy posiadające na przednim zderzaku specjalne uchwyty do przewozu rowerów wydawały się do tego idealne. Kierowca zapakował rowery, a my z rozkoszą zajęliśmy miejsca w klimatyzowanym wnętrzu. Wszystko było OK, do momentu, kiedy nagle nasze 3 Łuczniki gwałtownie osunęły się i spadły pod jadący autobus. Szok! Niemożliwe. Jak to się stało? To już koniec naszej wyprawy? Nie chciałem wyjść z autobusu. Byłem pewien, że rowery zostały kompletnie zniszczone. Na szczęście wtedy autobus jechał wolno, rowery znalazły się pod jego przednią osią i chyba cudem nie uległy całkowitej destrukcji. Zniszczeniu uległo jedno przednie koło, po którym przejechał autobus, drugie zostało nieco krzywione, skrzywił się też bagażnik i pojawiło się kilka zadrapań. Niewiarygodne. Ramy były nadal proste, widelce były ok, kupiliśmy więc nowe koło, wycentrowaliśmy krzywe i pojechaliśmy dalej. Winą za to zajście było prawdopodobnie niedbałe zamocowanie przez kierowcę jednego z rowerów, który pociągnął za sobą pozostałe. 

Stan Ohio przypominał nam trochę Polskę. Zrobiło się bardziej zielono, więcej drzew, lasów, ale też więcej górek i wzniesień, które z dnia na dzień stawały się coraz większe i zwiastowały kres naszej rowerowej wyprawy. Brak przerzutek powodował, że coraz częściej wzgórza musieliśmy zdobywać pieszo prowadząc rowery. Z drugiej strony, zjazdy w dół z jedynym hamulcem w torpedzie stawały się coraz bardziej niebezpieczne. 

Ostatecznie dotarliśmy do miejscowości Ripley nad rzeką Ohio graniczącą ze stanem Kentucky. Dalsza jazda naszymi zabytkami stawała się coraz mniej rozsądna. Nie było sensu ryzykować. Wynajęliśmy więc największego dostępnego pick-upa marki Ford, zapakowaliśmy nasze rumaki i ostatni fragment trasy na 24. World Scout Jamboree pokonaliśmy autem. 

Hura! Udało się! Historia zatoczyła koło tocząc się na przedwojennych Łucznikach. Na zlot dotarliśmy 24 lipca. To spotkanie skautów z całego świata, które odbywa się raz na 4 lata. Sami radośni i szczęśliwi ludzie, pośród których spotkamy uczestników Bike Jamboree. Wspaniała atmosfera udziela się wszystkim, choć to już niemal kres naszej przygody w USA. 

Ostatnie dni już bez rowerów. Jedziemy naszym ogromnym Fordem do Nowego Yorku, kilka dni na zwiedzanie i po miesiącu wielkiej przygody wracamy do Polski. Kończymy nasz retro etap, ale sztafeta Bike Jamboree jedzie dalej. Nasze rowery okazały się ponadczasowe i niezniszczalne. To była wspaniała przygoda z historią w tle. 

Polityka Prywaności