Zaloguj się

2020: Jelczem w Himalaje

Automobilista: W 2020 mija 40 lat od słynnej wyprawy zimowej w Himalaje. Kiedy narodził się pomysł, aby uczcić to wydarzenie w taki sposób?

Maciek Pietrowicz:  Pochodzimy z Jeleniej Góry, ze środowiska górskiego, skąd w 1979 odbyła się wyprawa, którą uczciliśmy w 2019. Mowa o obchodach 40-lecia wejścia na  Annapurnę. Natomiast w 2020 mija dokładnie 40 lat od pierwszego zdobycia Mount Everest zimą. Dokonali tego Polacy, to oni zdobyli wierzchołek, którego do tego czasu nie udało się zimą pokonać. Te dwa wydarzenia są motorem naszych działań.

A: Jelcz, którym jedziecie ma przeszłość wojskową.

Arkadiusz Peryga: Tak, pojazd pochodzi ze źródeł wojskowych, o czym świadczą kolory kabiny w stanie, w którym do nas dotarł. Auto wymagało wiele pracy, to było 5 miesięcy codziennego „grzebania”. Przemalowaliśmy i odrestaurowaliśmy kabinę, zbudowaliśmy na niej „burubhjar” czyli balkonik na bagaż lub do spania. Jest to replika Jelcza, który we wspomnianych czasach jeździł w góry wysokie, więc skupiliśmy się na tym, by odwzorować klimat tamtych lat. Pomalowaliśmy plandekę na taki sam kolor, na plandece jest napis „Himalaya expedition”, który widniał na oryginale. Do tego dochodzi masa napraw układu pneumatycznego, hamulcowego, napędowego. Auto porusza się po kraju, więc musi być sprawne. Chcę zaznaczyć, że nie będzie to auto modyfikowane, ulepszane. Chcemy, by odzwierciedlało mechanikę i możliwości z tamtych lat. Naszą ideą jest pokazanie, jak w tamtych czasach podróżowało się na wielkie wyprawy w góry wysokie.

A.: Z którego roku jest ta ciężarówka?
A.P.: Z 1990. Niektórzy mogą próbować zarzucić, że jest nowsza od oryginału, ale różnica lat nie przekłada się na technikę. To po prostu Jelcz serii 300 i w niczym nie odbiega od Jelczy sprzed 40 lat. Ma silnik SW 680, który jeździł w wyprawach na Himalaje, ma taką samą wadliwą skrzynię biegów, która często się zakleszcza i była udreką kierowców też w tamtych czasach. Cała ergonomia, wyposażenie, układ pneumatyczny – wszystko jest takie samo. Auto z 1990 jest po prostu sprawniejsze niż np. z 1978, ale – jak zaznaczam – nie odbiega od starszego egzemplarza. Co ciekawe, Jelcze po wyprawach rozbierane były na części, ponieważ takie wyjazdy traktowano jako przejazdy testowe. To był zresztą warunek – uczestnicy dostawali nowe auto, ale potem musieli nim wrócić i oddać. Do tego dochodziło sporządzanie protokołów i raportowanie co pod kątem technicznym w trakcie wyprawy się wydarzyło.

A.: To znaczy, że taki własnie los spotkał Jelcza z wyprawy sprzed 40 lat?

M.P.: Tak, ale wypraw z Jelczami było więcej, a pierwsze odbyły się już we wczesnych latach 70. Głośna wyprawa na Lhotse w 1974 r., gdzie kierowcą był Mirosław Wiśniewski, wyprawa na Broad Pick w 1975 – tam kierował Marian Sajnog i Tadeusz Barbacki, czy na Annapurnę Południową w 1979, gdzie kierowcą był Wiktor Szczypka, który nie oddał kierownicy w tę i z powrotem. Była też rzadko wspominana wiosenna wyprawa na Mount Everest, w której udział wzięli Jerzy Kukuczka i Andrzej Czok, a wiózł ich znów Marian Sajnog. Były i późniejsze wyprawy, których naliczyłem ok. 10. Jelcze rzeczywiście zwykle były potem rozbierane ale odnotowany jest także fakt, że Polski Związek Alpinizmu posiadał w Złotej Erze swojego własnego Jelcza.

A.: Wspomniany Marian Sajnog o Jelczu mówił w superlatywach. Jak Jelcz wygląda z waszej perspektywy? Jak dziś się nim jeździ?
A.P.: Wrażenia sprzed lat na pewno będą inne. Tamci kierowcy mają w pamięci czasy, gdy Jelcz był autem zupełnie współczesnym. Dziś możemy rozpatrywać go z perspektywy zabytku, gdzie z racji wieku wszystkie elementy są niestety wyeksploatowane. Usterek, z którymi my będziemy musieli się zmierzyć jest więcej, ale nie ma co ukrywać, Jelcz jest prostą konstrukcją. Części wciąż są dostępne, choć już na pewno nie tak jak dawniej. Mamy nadzieję, że przy wsparciu medialnym uda nam się zaopatrzeć w niezbędne elementy takie jak skrzynia biegów czy osprzęt silnika. To co w Jelczu zupełnie odbiega od dzisiejszych pojazdów tego typu to obsługa. Pewnych rzeczy trzeba się nauczyć, inne po prostu zaakceptować. Jego dopuszczalna prędkość to 70-80 km/h. Mógłby pojechać nieco więcej, ale byłoby to szkodliwe dla silnika. Na chwilę obecną wszystko funkcjonuje poprawnie i nie zawodzi nas.

2020: Jelczem w Himalaje2020: Jelczem w Himalaje
2020: Jelczem w Himalaje

A.: Czy Jelcz już dziś mógłby ruszyć w taką wyprawę, czy jednak wymaga jeszcze sporo pracy?

A.P.: Patrząc od strony mechanicznej – mógłby, ale pod warunkiem, że mielibyśmy zaplecze części zamiennych. To podstawowy warunek, żebyśmy mogli usunąć usterki, które na pewno nas spotkają.
M.P.: Dodam, że w ubiegłym wieku samochody, którymi przemieszczali się himalaiści były nowe, nie było kłopotu z częściami, ale był inny problem: ustrój polityczny. Nie było dostępu do dolarów, które były naprawdę potrzebne. My mamy dostęp do każdej waluty, mamy dostęp do firm prywatnych, ale zmagamy się z trudnościami w dotarciu do odbiorców. Mamy ogromną skrzynię załadunkową z plandeką, którą możemy okleić logami naszych partnerów biznesowych. Chcemy zrobić wszystko, by wyprawa doszła do skutku, a bez wsparcia może być to trudne.

A.: Jelcze sprzed lat nie jechały na wyprawy tak po prostu, tylko miały konkretny cel. Wiozły np. sprzęt himalaistów. Na pace waszego Jelcza też pojadą ważne rzeczy. Co to będzie?

M.P.: Bardzo istotne, chyba najistotniejsze pytanie. Chcę podkreślić, że nie jedziemy na przejazd turystyczny, to nie będzie wycieczka. Mamy projekt ważny w świetle historii polskiego himalaizmu, bo Polska w ubiegłym wieku była potegą jeśli chodzi o wspinaczkę wysokogórską. Naszym celem jest propagowanie i przypominanie tych dokonań. Przecież 10 z 14 ośmiotysięczników jako pierwsi zimą zdobyli Polacy. Na arenie międzynarodowej trzeba o tym opowiedzieć i będziemy to robić w każdym odwiedzanym przez nas kraju. Nie jesteśmy alpinistami i nie będziemy się wspinać. Do Nepalu jedziemy z pomocą humanitarną, bo oprócz propagowania historii i przypominania pierwszego zimowego wejścia na Mounty Everest w 1980 (którego dokonali właśnie Polacy), chcemy pomóc jednemu z przytułków. Na skrzyni załadunkowej znajdą się podarunki, które tam zostawimy. Celem fundacji „Pietrowicz Śladami Uczestników” jest m.in. wsparcie społeczeństwa w Nepalu, bo tam naprawdę takiej pomocy potrzeba.

A: A gdzie będą jechały części zapasowe?
A.P.: W czasach wypraw, Jelcze były dostosowane tak, że paka miała dwie podłogi – jedna nad drugą. Tak tworzono dodatkową przestrzeń załadunkową na części, a z relacji kierowców wynika, że w kawałkach był tam schowany praktycznie cały Jelcz. U nas będzie podobnie.

A.: Jakie to będą częśći?
A.P.: Na pewno skrzynia biegów, kompletnie sprzegło, osprzęt silnika, alternator, rozrusznik, pompa wtryskowa, kompresor – to są rzeczy niezbędne, które mogą w każdej chwili zawieść i unieruchomić nas, zwłaszcza w trudnych warunkach. Ponadto weźmiemy części układu pneumatycznego, siłowniki hamulcowe i, zdawałoby się, banały – koła, których musi być więcej niż zwykle, bo co jeśli najbliższy punkt naprwy będzie za 1000 km? To są podstawowe elementy, które zawsze się zużywają. Wykluczamy naprawę główną silnika, bo te jednostki są niezawodne. Gdyby jednak coś się z nim stało, będziemy umieli sobie poradzić.

A.: Czy znalezienie odpowiedniego egzemplarza było trudne?
M.P.: Szukaliśmy go ponad pół roku, może nawet rok. Chodziło o egzemplarz bez trzeciej, tzw. wleczonej osi, bo większość Jelczy z wypraw miała dwie osie. Zależało nam, by nie był to Jelcz zarejestrowany jako zabytek. Nie mieliśmy zbyt dużego pola manewru, bo aut na sprzedaż było mało.

A.: Trasa w jedną stronę liczy ok. 10 000 km. Czy z powrotem Jelcz też wróci na kołach?
M.P.: To też bardzo ważne pytanie, ale na razie nie zdradzimy późniejszego przeznaczenia Jelcza. Celami Fundacji poza propagowaniem historii jest niesienie pomocy. Rozpatrujemy różne propozycje, myślimy o czymś co niosłoby realną pomoc i było także kontynuacją przypominającą Złotą Erę Polskiego Himalaizmu.

A.: Obliczyliście ile ropy zużyje Jelcz w trakcie wyprawy?
A.P.: Spala 25-30 litrów na 100 km. W warunkach obciązenia zużycie na pewno wzrośnie do 30-35 l. Do przejechania mamy ok. 10 000 km, więc rachunek jest prosty. W minionych czasach modernizacją, o której jeszcze nie wspomnieliśmy, a którą na pewno zrobimy było dodanie zbiorników na ropę. Zapas, dzieki trzem dodatkowym zbiornikom, rósł do 1000 l. Przypomnę, że oryginalny bak mieści ok. 250 l. Przy 1000 litrach zapasu przemieszczanie się jest znacznie łatwiejsze, bo jednorazowo pokonać można ok. 3000 km. Niespodzianek w postaci nagłego braku ropy w ogóle nie przewidujemy.

A.: Kiedy dokładnie wyjeżdżacie? Kiedy planujecie powrót?

M.P.: Ruszamy jesienią 2020 r. Jak tylko opracujemy szczegółowy harmonogram, podamy go do wiadomości publicznej.

A.: Bardzo ważna sprawa: można was wesprzeć. W jaki sposób?

M.P.: Najprościej znaleźć nas na Facebooku: Śladami uczestników – tam jest bezpośredni kontakt do nas. Na naszej stronie jelczemwhimalaje.pl jest też numer naszego konta, ale najlepiej z nami porozmawiać. Wychodzimy z propozycją: spotkajmy się przy kawie i porozmawiajmy. Zależy nam na wyjeździe i jesteśmy otwarci na sponsorów. Warto nadmienić, że w ubiegłym wieku uczestnicy wypraw w Himalaje korzystali ze wsparcia m.in. Jelczańskich Zakładów Samochodowych, skąd dostawali nowy egzemplarz i drugi w częściach. My mamy kampanię społecznościową, która, mam nadzieję pozwoli nam zebrać środki na niezbędne części. Interesują nas również bartery, choćby w sprawie opon, bo nie sądzę, by udało nam się przejechać 10 000 km na tym co na kołach mamy teraz.

A.: Dziękuję za rozmowę.

 

Ojciec Macieja Pietrowicza w 1979 r. brał udział w ekspedycji Annapurna South. Maciej powołał fundację „Pietrowicz Śladami Uczestników”, której celem jest propagowanie historii polskiego himalaizmu. Inicjator projektu „Jelczem w Himalaje”.

Arkadiusz Peryga – kierowca, mechanik z wieloletnim doświadczeniem w elektromechanice wszelkich pojazdów. Powtórzenie wyczynu kierowców z wypraw sprzed lat traktuje jako bezcenne doświaczenie.

Krzysztof Czaplicki – Wspiera projekt przede wszystkim doświadczeniem jako organizator i uczestnik wyjazdów w Himalaje w latach 80.

 

 

 

Polityka Prywaności